Rodzicielstwo oparte na szacunku, nie kontroli i strachu

Jestem przeciwko bezstresowemu wychowaniu. Ale jestem również przeciwko karom, bo wiem, że czynią one w życiu dziecka podobne spustoszenie, co bezsterowe wychowanie i wszystkie inne metody, które mają sprawić, że dziecko stanie się uległe nam – dorosłym.

To moja polemika z tekstem Weroniki Lewandowskiej, która nie jest mamą ale twierdzi, że karanie dzieci (oczywiście nie cieleśnie!) jest konieczne do tego, aby dziecko czuło respekt do rodzica. „Bez takiego drogowskazu można się w młodym wielu łatwo pogubić” - czytam dalej i wściekam się już nie na samą autorkę, ale na ten system, w którym nam wszystkim przyszło dorastać. I który bezmyślnie powielamy, wychowując kolejne pokolenia. System, który pokazuje, że miłość rodzica jest warunkowa i żeby na nią zasłużyć, trzeba sobie zapracować. Sposobem jest m.in. dyscyplinowanie dzieci.



Przez wieki rodzina w naszej kulturze była strukturą władzy, gdzie mężczyźni mieli absolutną kontrolę nad kobietami, a dorośli – nad dziećmi. To one w tej hierarchii zajmowały najniższe miejsce, jako istoty aspołeczne, które swoją ludzką postać przybiorą pod wpływem metod stosowanych na nich przez osoby dorosłe. To struktura totalitarna, w której ci, którzy nie współpracują, spotykają się z przemocą fizyczną albo ograniczaniem ich wolności osobistej. O takiej władzy pisze właśnie Lewandowska w swoim tekście dochodząc do wniosku, że „trudno jest dziecku szanować kogoś, kto właściwie ma nad nim taką władzę, jak koleżanka z podwórka, czyli prawie żadną”.

Czyli jednak władza. Dziecko ma się podporządkować, ma być uległe, ma się słuchać i zachowywać tak, jak tego chcemy, ponieważ sprawujemy nad nim władzę. Kogo zatem wychowujemy do życia w dorosłości? Podwładnego?!

Jestem przekonana, że praktycznie każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko w przyszłości miało własne zdanie, które potrafiłoby wyartykułować, było samodzielne, niezależne, pewne siebie. Czy posługiwanie się władzą w stosunku do niego w młodym wieku przygotowuje go do samodzielności w dorosłym życiu?

„Ukarać dziecko to spowodować, że doświadczy czegoś nieprzyjemnego, lub nie pozwolić, by doświadczyło czegoś przyjemnego – zwykle w celu zmiany jego przyszłego zachowania. Karzący zadaje mu cierpienie, innymi słowy: daje nauczkę” - definiuje pojęcie Alfie Kohn, autor książki „Wychowanie bez nagród i kar”, która pojawiła się w ostatnich dniach na polskim rynku. Autor stawia w książce ważne pytanie: jak to możliwe, że celowe unieszczęśliwianie dziecka ma na dłuższą metę skutkować korzystnie? I dalej: jeżeli kara rzekomo jest skuteczna, to dlaczego muszę karać moje dziecko wciąż od nowa?

To pytanie stanowi pewną kontrę dla rodziców, którzy wychowują swoje dzieci w przeświadczeniu, że bez kar nie da się dziecka nauczyć odpowiedzialności, pokazać mu, co jest dobre, a co złe. Dlatego powszechne stało się używanie takich metod dyscyplinujących dzieci jak: odmowa uczuć, lekceważenie, poniżanie, odosobnienie czasowe (spopularyzowane z Polsce przez Dorotę Zawadzką w postaci „karnego jeża”). To też kary, tyle że nazwane. Czy dzieci potrzebują ich, żeby wyrosnąć na pełnowartościowych dorosłych?

W moim domu nie ma kar. Nie ma też nagród, bo nagroda jest dla mnie innym rodzajem kary, ale o tym innym razem. W moim domu jest pełna akceptacja dla mojego dziecka. Co nie jest równoznaczne z „bezstresowym wychowaniem”. Kiedy moje dziecko spotyka się z jakąś trudnością, bądź kiedy zachowuje się w „trudny sposób”, staram się odczytać jego potrzebę i wesprzeć je w zaspokajaniu jej. Szukam drogi współpracy między sobą a dzieckiem i mimo iż moje dziecko jeszcze nie mówi, najczęściej udaje nam się ją wspólnie wypracować. Bez terroryzmu, z szacunkiem i miłością. To nie oznacza, że w moim domu nie ma granic i panuje istna samowolka. Po prostu wierzę w to, że moje dziecko to człowiek, nie terrorysta i że ma prawo do własnych uczuć, które demonstruje w taki sposób, w jaki potrafi. Nawet, jeśli na coś w danym momencie się nie godzę. Wierzę, że rodzice, którzy okazują sowim dzieciom szacunek, otrzymują od nich to samo w zamian.

„Potwierdzona przez kolejne pokolenia ogrodników i sklepikarzy mądrość ludowa mówi, że od jednego zgniłego jabłka psuje się skrzynia zdrowych. Należałoby postulować, by z tradycyjnej dyscypliny ulotnił się swoisty rodzaj psychologicznego etylenu, w analogii do gazu ulatniającego się z gnijącego owocu. Ale jak się wydaje, aby dojść do optymalnych rezultatów, należy raczej pewne praktyki zarzucić, niż dorzucać do nich inne, lepsze. Aby zaczęło owocować dobro, musimy wyeliminować zło, takie jak kara i nagroda”.*


*A. Kohn, "Wchowanie bez nagród i kar", Wydawnictwo MiND, Podkowa Leśna 2013.
Trwa ładowanie komentarzy...