Polskie przedszkole betonem i kiełbasą stoi

Rajd po stołecznych przedszkolach trwa. Przed gabinetami dyrektorów te same twarze przerażonych rodziców i zazwyczaj te same pytania: czy będzie wystarczająco dużo zajęć dodatkowych, ładny plac zabaw, wyjścia do teatru i przede wszystkim: czy moje dziecko się dostanie... czyli powszechne dylematy w czasie rekrutacji.

Ten sam skostniały system edukacji zaczerpnięty z modelu pruskiego, którego nie zdołały wyprzeć bardziej liberalne i wolnościowe metodyki początku XX wieku – jak szkoły waldorfskie, montessoriańskie czy korczakowskie. Te w Polsce kosztują zazwyczaj krocie. Kogo nie stać na takie przywileje, musi się dostosować do większości. A ta oznacza musztrę od najmłodszych lat, struktury jak sprzed wieków i wychowywanie idealnego korporoba.



Po rajdzie przez kilkanaście państwowych przedszkoli warszawskich jestem przekonana, że system to nie jedyna bolączka polskiej szkoły. Dużo poważniejszym problemem wydaje się być stosunek rodziców do tego systemu, którzy zdają się w wielu przypadkach bezrefleksyjnie go przyjmować. Jedyne pytania, jakie słyszę z ich ust podczas wszystkich dni otwartych organizowanych w przeróżnych stołecznych przedszkolach dotykają atrakcyjności zajęć dodatkowych, ewentualnie wielkości placów zabaw. Czy będą wyjścia do teatru? Czy dziecko musi mieć własny ręczniczek? Jak skompletować „wyprawkę”? To właściwie zestaw standardowy. A gdzie zainteresowanie tym, w jaki sposób pedagodzy będą pracować z dzieckiem? Jak rozwiązywane są problemy?

Zdaje się, że to właśnie te podstawowe kwestie na poziomie budowania relacji uczeń – nauczyciel zostały gdzieś zepchnięte na dalszy plan, podczas gdy pierwsze skrzypce grają czasozapychacze – im więcej języków obcych, sztuk walki, tańców i innych hulańców tym lepiej. Pod tym atrakcyjnym przykryciem dzieje się natomiast prawdziwe życie. Ale kogo ono obchodzi?

Siadam przed dyrektorką jednego z przedszkoli, obok mnie grupa rodziców. Pani prowadząca spotkanie wygłasza pedagogiczną pogadankę dotyczącą odwiecznej dychotomii panującej w jej placówce – a zwie się ona „grzecznością i niegrzecznością”. „To czy ktoś jest grzeczny czy niegrzeczny to kwestia wychowania od pierwszych dni życia" – wygłasza swoją mądrość spoglądając na skruszonych dorosłych spod swoich wielkich okularów. A następnie dorzuca złotą metodę na wszystkie przedszkolne problemy „kary i nagrody... Znaczy konsekwencje, bo karać to nie karzemy” - poprawia się po chwili. Na pytanie, co rozumie pod pojęciem konsekwencje, nie jest już jednak tak jasno z wyjaśnieniem „W konsekwencji za złe zachowanie dziecko siada na krześle i nie może z niego wstać, póki nie przeprosi” - słyszę po chwili i już się waham, czy ciągnąć dyskusję dalej, ale poddaję się, bo ktoś ubiega mnie pytaniem z innej beczki. „Jakie są zajęcia dodatkowe?” - pada z końca sali. Taki klasyk, rzekłabym.

Państwowe placówki masowo stawiają na edukowanie swoich podopiecznych polegające na znanym od wieków schemacie - dobre zachowania „wzmacniane są” właśnie przez nagrody, złe natomiast podlegają karze (w niektórych przedszkolach kara ukryta pod pojęciem konsekwencji, choć nadal jest karą – termin przecież nic jeszcze nie zmienia). Nikt w tych placówkach o budowaniu motywacji wewnętrznej w kontrze do motywacji zewnętrznej nie słyszał. Powszechne są za to słoneczka, gwiazdeczki i kropki dla tych, którzy wywiązują się ze swoich obowiązków: są grzeczni, uczynni, chętnie dzielą się zabawkami z innymi. Jak nie chcą się dzielić, czeka ich kara. Na rozmowę nikt tutaj nie ma czasu. „Przecież przedszkolanka ma pod opieką 20-25 dzieci – musi jakoś trzymać porządek w sali!” - słyszę wyjaśnienie.

Od problemów z „dyscypliną”, jak zwierciadło odbijają się problemy kuchenne. A dokładniej, z kuchnią związane. Mam wrażenie, że w tej kuchni widać wszystkie choroby współczesnego, polskiego przedszkola. Zapchać, utuczyć, przepchnąć dalej. Jak spoglądam na menu, bierze mnie już nieopanowana złość na ten cały system i osoby, które nie chcą go zmieniać. Kto nie chce zmieniać? W przedszkolu słyszę, że rodzice nie chcą zmieniać, bo sami tak żywią swoje dzieci w domach. Więc do picia nie będzie wody, zamiast słodzonej herbaty i rozcieńczanych napojów wieloowocowych, a na podwieczorek nie zaserwują suszonych owoców albo pieczywa razowego, zamiast batonów i białego chleba z czekoladą. I nie ma opcji, żeby przynieść swoje jedzenie „bo mamy procedury, próbki żywności oddajemy do sanepidu i sama pani rozumie, że nie możemy odpowiadać za to, co do jedzenia dzieciom zaserwują rodzice”. Dlatego bezpiecznej jest odesłać do sanepidu próbkę zupy gotowanej na kostce z glutaminianem sodu, część batonika i słodkiej drożdżówki, smażonego kotleta z obiadu albo kiełbasę. To system przyjmie. Zdrowa żywność jest dla ortodoksów. Poza tym przedszkola nie stać na zdrową żywność. Za 8 zł na dzień łatwiej kupić zapas batonów i kolorowych kulek wrzucanych do zupy mlecznej, niż pełnowartościowe kasze, do których można dorzucić owoce i podkreślić ich smak korzenną przyprawą, czy sezonowe warzywa. Biała bułka z czekoladowym kremem to w tych placówkach standard. Na kilkanaście przedszkoli po prawej stronie rzeki nie trafiłam na ani jedno, gdzie nie byłoby to praktykowane. Przypadek czy wyjątkowy pech?

Na koniec garść statystyk. Według ostatniego raportu UNICEF polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. W ciągu dekady liczba tych z nadwagą uległa w naszym kraju podwojeniu. Dodatkowo dzieci są niezadowolone z życia. Daleko im pod tym względem do rówieśników z krajów skandynawskich. Rozumiem, że poziom życia w tych krajach jest inny, ale myślę, że niemałe znaczenie ma również fakt, w jak różny sposób dzieci traktowane są w tych kulturach przez dorosłych. Bez szacunku dla najmłodszych nie zbudujemy zdrowego społeczeństwa - zarówno na poziomie duchowym jak i czysto fizycznym. Ten szacunek powinien być widoczy również na poziomie szkoły. Wychowując młodych na potulnych korporobów nie zbudujemy zdrowego, szczęśliwego społeczeństwa. W swoich działaniach warto patrzeć długoterminowo, a nie tylko na czubek swojego nosa. Kara i nagroda zadziała tu i teraz. A co będzie za kilka lat z tym człowiekiem, który do pracy motywowany był lizakami i kolejnymi punktami za dobre zachowanie?
Trwa ładowanie komentarzy...